Indie #8 Ostatnie dni… New Delhi

Stało się, ostatni post o naszej przygodzie w Indiach. Pozostało jeszcze małe podsumowanie wypadu, koszta, mała recenzja przewodnika „Indie Północne Lonely Planet”.

Tak jak tytuł zdradza, były to nasze ostatnie 3 dni w Indiach – New Delhi. Wykorzystaliśmy je na maksa, na tyle ile starczyło sił i chęci.
Po przejażdżce pociągiem z Waranasi, byliśmy pod ogromnym wrażeniem. Wygodny, komfortowy, pospaliśmy i za cenę zbliżoną do naszych cudownych przewozów regionalnych. Z rana uraczono nas posiłkiem, ciepłą herbatą i  już sam dzień rewelacyjnie się zaczął.


Z dworca przedostaliśmy się do Hotelu Millennium 2000dx, który dorwaliśmy standardowo na bookingu. Lokalizacja niczego sobie, blisko Main Baazar, gdzie spędziliśmy praktycznie każdy wolny wieczór w poszukiwaniu przeróżnych pamiątek.

Przy takiej ilości czasu, niestety zwiedziliśmy najważniejsze/podstawowe atrakcje New Delhi.

Red Fort

Trochę droga inwestycja, jak dobrze pamiętam koszt to jakieś 500 rupii. Nie byłem, aż tak przekonany by wejść, ostatecznie po namowie znajomych poszedłem i nie ma czego żałować! 🙂

Długa przeprawa w stronę Świątyni Lotosu, przepiękna sprawa. Gorąco polecam. Sądzę, że najważniejszy punkt na mapie New Delhi.
Co najważniejsze „We wnętrzu świątyni nie ma żadnych symboli religijnych, może się w niej modlić każdy, niezależnie od wyznawanej wiary.”

Kolejnym celem na naszej mapie była brama Indii.
India Gate.

Upamiętniając indyjskich żołnierzy, poległych podczas I wojny światowej + wojny w Afganistanie.
„Nazwiska poległych żołnierzy zostały wyryte na ścianach Bramy. Budowę ukończono w roku 1931. W 1971 utworzono grób nieznanego żołnierza.
Na górze napisano wielkimi literami:
To the dead of the Indian armies who fell honoured in France and Flanders Mesopotamia and Persia East Africa Gallipoli and elsewhere in the near and the far-east and in sacred memory also of those whose names are recorded and who fell in India or the north-west frontier and during the Third Afgan War.
Co znaczy:
Zmarłym z indyjskich armii, którzy polegli z honorem we Francji i Flandrii, Mezopotamii i Persji, Afryce Wschodniej, półwyspie Gallipoli i wszędzie na Bliskim i Dalekim Wschodzie oraz w uświęconej pamięci także tym, których imiona zostały zapamiętane, a którzy polegli w Indiach lub na granicy północno-zachodniej podczas trzeciej wojny afgańskiej.”
Źródło:
http://www.delhitourism.gov.in/delhitourism/tourist_place/india_gate.jsp
https://pl.wikipedia.org/wiki/Brama_Indii_(Delhi) 26.03.2017 r.

Raj gath – miejsce kremacji – Mahatma Gandhi. Myślę, że nic więcej tutaj nie trzeba dodawać.

Także, udało nam się dostać do National Gandhi museum.
IMG_0874
Coś pięknego Meczet Jama Masjid i ogromna ilość orłów.
Robi wrażenie.

dav
Jama Masjid
dav
Wieczory na Main Bazaar w poszukiwaniu pamiątek

Coś niezbyt apetycznego. Lekko powyżej 30 stopni, cieplutko, duszno.
A tutaj pan sobie na ulicy, na wózeczku, porcjuje pierś z kurczaka? trzymając w stopie nóż 🙂
Mniam. ! 🙂

IMG_0987

Khari Baoli – dzielnica gdzie znajdują się…przyprawy,przyprawy,przyprawy i przeróżne cuda do jedzenia.

Tym przyprawowym akcentem, kończy się nasza przygoda w Indiach. Były to niezapomniane 14 dni, warte tej niezliczonej ilości rupii. Niesamowita, przygoda życia z tak udaną ekipą. Gdyby nie, spontaniczny wypad na piwko, gdzie padła ta propozycja. To może bym nie pojechał. Gdyby nie, zwykłe wyjście na fajkę w Waranasi, to byśmy nie poznali naszego dobrego znajomego i „przewodnika”. Gdyby nie, dobry angielski moich znajomych, to może byśmy nie zwojowali zbyt dużo.
Wielkie dzięki ! 🙂

dav
Lotnisko w New Delhi i powrót do Polski 😦

Trzymajcie jeszcze mała galerie z New Delhi!
#Studentwpodrozy

Indie #7 Bodh Gaya i Święte drzewo

Po cudownej przygodzie w Waranasi, czas już umykał coraz szybciej i powoli kończyła się nasza podróż życia z Indiami.
Załatwiliśmy sobie transport, kupiliśmy od razu bilety na pociąg z Gaya do New Delhi i ruszyliśmy na wschód w stronę Bodh Gaya, jakieś 250km od Waranasi. Dlaczego tam?
Czysta ciekawość, jak to jest z tym świętym drzewem, po którym „Siddhartha Gautama dostąpił przebudzenia (a przed nim czterech jego mistycznych poprzedników) – stając się Buddą”.
Zameldowaliśmy się w hotelu/hostelu? Jyoti Resthouse, dość czysto w pokojach. Położony w samym centrum miasteczka co najważniejsze wszędzie blisko.
Robiło się już trochę późno, ale udało nam się trafić do Świątyni Mahabodhi, za którą jest właśnie święte drzewo. Na całym kompleksie obowiązuje – zakaz robienia zdjęć, należy to uszanować i rzecz oczywista na bosaka 🙂

800px-Mahabodhi_in_Bodhgaya
Świątynia Mahabodhi

Źródło:https://pl.wikipedia.org/wiki/Bodh_Gaja

Mahabodhitree
Święte drzewo

Źródło:https://pl.wikipedia.org/wiki/Bodh_Gaja

Co nie było jakimś dużym zaskoczeniem – dużooo pielgrzymów, mnichów i masa osób medytujących/modlących się. Sam w sobie kompleks nie robi szału(typowy Janusz się we mnie odzywa), lecz klimat i panująca tam atmosfera, skłaniała do refleksji.
Niestety już tego dnia nie udało nam się zobaczyć wielkiego na 80 stóp Buddy.
IMG_20161001_180408.jpgZatem ruszyliśmy w stronę straganów, aby poszukać  pamiątek do domu.Oczywiście jak zawsze twardo targując się z handlarzami 🙂

Następnego dnia dość wcześnie rano ruszyliśmy ponownie w drogę, aby zobaczyć Buddę wysokiego na 80 stóp, no i jest 🙂
IMG_20161002_105933.jpgRobi wrażenie?:)
Oczywiście słońce pali…a niby białe płytki marmurowe, a grzały w stopy..konkretnie.
Korzystając jeszcze z chwili zwiedziliśmy kilka świątyń i okoliczny park.

Wat Thai
Wat Thai
Jaiprakash Park
Jaiprakash Park z widokiem na Świątynie Mahabodhi

Spędzając tam kilka dobrych godzin w cieniu delektując się ciszą, przed cudownym trąbieniem. Później przetransportowaliśmy się na dworzec w Gaya (15km) i tak do wieczorka odliczaliśmy czas do przyjazdu naszego pociągu w stronę New Delhi…

Trzymajcie porcje fotek !
#Studentwpodrozy

Indie #6 Przygody nad Gangesem-Waranasi

Planując wyjazd do Indii, wszyscy byli zgodni – Waranasi punktem obowiązkowym.
Powiem krótko, to miasto zrobiło na nas największe wrażenie. Dlaczego?

Czytając, gdzieś po blogach jedno było pewne – będzie mega duszno i wilgotno. Droga z samolotu na terminal dała się nam we znaki, a było to raptem 100 metrów, a plecy całe mokre.
Chwila na lotnisku, odbiór naszych plecaków i ruszyliśmy szukać transportu do centrum(z lotniska do Waranasi jest ok. 25km ~). Sprawnie znaleźliśmy taksówkę i za niewielkie pieniądze ruszyliśmy w stronę hotelu, którego już nazwy nie pamiętam(był dość obskurny i spędziliśmy tam tylko jedną noc), ale było to na przeciwko restauracji Saffron w której zjedliśmy kilka dobrych śniadań, obiadów i poznaliśmy naszego wybawiciela, bez którego nie mielibyśmy tak wspaniałego widoku na Ganges i masy informacji o Waranasi, których nie przeczyta się w przewodnikach.
Tego dnia zrobiliśmy jeszcze małe zakupy i zaopatrzenie na kolejne dni.

Pierwsza i ostatnia noc w hotelu, którego nazwy nie chce pamiętać i z samego rana ruszyliśmy w drogę do nowego hotelu do którego nas zaprowadził nowo poznany znajomy.
Puja Guest House mimo, że oceny są nie najlepsze to cena, widok na Ganges, pyszne naleśniki z bananami i wiele innych dań rekompensowało całą sytuacje. Co jeszcze okazało się była to dobra baza wypadowa w stronę Ghatów i  Gangesu.
Warto, też zaznaczyć – im bliżej Gangesu to mapy wariowały i nie pokazywały labiryntu dróg, wiec nie jest trudno by zgubić drogę 🙂

IMG_0692
Widok z Puja Guest House

Mieliśmy okazję przepłynąć się łódką po Gangesie i usłyszeć różne ciekawe historie.
Zobaczyliśmy ceremonie pogrzebowe w Manikarnika Ghat, palenia ciał. Jedząc śniadanie/obiad w Puja Guest House widzieliśmy, ciała ludzi jaki i zwierząt płynących w Gangesie. Zwiedziliśmy Shri Kashi Vishwanath Temple inaczej Golden Temple, do którego rzekomo trudno wejść, ochrona jak na lotnisku, nic nie można dosłownie wnieść na teren świątyni. Następnie trzeba udać się do kolejnego ochroniarza, który przeprowadza z nami wywiad i wpisuje wszystkie dane do księgi odwiedzających i rzecz oczywista na boso 🙂
Wejście do tej świątyni było darmowe.

Odwiedziliśmy Nepali Temple (malutka świątynia Kamasutry), piękna na zewnątrz jak i w środku. Co ciekawe była za opłatą, bodajże symbolicznie 20 Rupii za osobę.
nepali templeDSC_0730.JPG

dav
Meczet Gyanvapi Masjid

IMG_0699DCIM101GOPROG1827592.

DCIM101GOPROG1807577.
Wieczorne rytuały na rzece Ganges

Kolejnego dnia wybraliśmy się w stronę Sarnath.
„miejscowość w północnych Indiach, położona 13 kilometrów na wschód od Waranasi (stan Uttar Pradesh). Jedno z czterech najświętszych miejsc buddyzmu, w którym według tradycji Budda Siakjamuni wygłosił swoje pierwsze kazanie na temat „Wprawienia w Ruch Koła Dharmy”, zwane Dharmaczakraprawartana. Pięciu ascetów uczestniczących w tym wykładzie zainicjowało potem zgromadzenie Sangha. W III wieku p.n.e. staraniem nawróconego na buddyzm cesarza Aśoki wzniesiono w Sarnath min. kompleks klasztorny, figurującą we współczesnym godle Indii kolumnę oraz wysoką na 34 metry stupę Dhamekh.”

dav
Dhamehk Stupa
dav
The Giant Buddha
DCIM102GOPROG2998605.
Sarang Nath Temple

Odwiedziliśmy także, Blue Lassi, które słynie z najlepszych indyjskich „Lassi” – napój na bazie jogurtu, wody, przypraw i owoców, w sam raz na duchotę. Trochę dziwna konsystencja, ale estetycznie wyglądało i smakowało 🙂

Z cyklu ciekawe historie: nie róbcie na przyszłość prania w Waranasi, ciuchy schły mi jakieś 4 dni i dalej były mokre. 🙂

Trzymajcie paczkę zdjęć z Waranasi !
#Studentwpodrozy

Indie #5 Noc na lotnisku – wyprawa do Waranasi

Po 5 godzinnej podróży z Jaipur’u do New Delhi mój żołądek nie miał się najlepiej. Pierwszy raz czułem jakbym miał chorobę lokomocyjną, dosłownie. Można tylko sobie wyobrazić, jakie kierowca ma pole do popisu kiedy są 3 lub 4 pasy na drodze.

Procedury jak w Polsce, sprawdzanie biletu, pakowanie bagażu i tak dalej..
Kierowca i jego styl jazdy wynikał, że się spieszył do domu, albo za wszelką cenę nie chciał dopuścił byśmy poszli w jakąś drzemkę,  ciągle czułem jak zjeżdżam z tego fotelu. Co się dziwić.. kiedy jedzie lekko 100 km/h i nagle jeb.. po hamulcach do 30km/h, ponownie rozpędza się i chwile jedzie spokojnie, oko leci.. i znów ostro zwalnia…tak nam minęła calutka trasa. Nie wspominając, o klaksonie autokaru, jak i obok innych samochodów, które wyprzedały lub były wyprzedzane przez naszego szalonego kierowce. W każdym razie u nas,taksówkarz czy kierowca autobusu starają się, jak i jest to obowiązkiem.. jechać spokojnie i komfortowo…a gdzie tam w Indiach. Pewnie kierowca i tak nie miał prawka 🙂

Pamiętajcie jedno, że istnieje coś takiego jak dworzec autobusowy w Jaipurze. Normalna kasa biletowa, poczekalnia i rozpiska autobusów. Przed dworcem, jest masa lewych autobusów, które jeżdżą jak chcą i naganiają klientów, lepiej uważać. Chodź nie jest powiedziane, że może taniej 🙂 Niestety nie pamiętam ile dokładnie kosztował nas transport z Jaipuru do New Delhi, ale strzelam.. coś koło 200 rupii za osobę.

Przystanek, gdzieś w Delhi..podobno mieliśmy najbliżej do lotniska i do wylotu jakieś 20 godzin. Wysiedliśmy w miejscu gdzie było pełno kierowców tuk tuków..No to cóż, bierzemy się i targujemy. Nie powiem twardo stali przy swoich cenach i byliśmy zmuszeni do zaakceptowania ich warunków, ale przynajmniej pogadaliśmy, pośmialiśmy i trochę czasu zleciało.

Dowieźli nas do punktu, gdzie nie mogą tuk tuki wjechać, ale za to jedzie darmowy autobus już pod samo lotnisko, potem już chwila moment byliśmy. Na miejscu oczywiście okazały się małe schody. Pytając się kogoś obcego, tym bardziej w Indiach nie masz pewności czy wie o co Ci chodzi, albo pytasz o dany lot… to Ci oferuje hotel..Generalnie wyszedł taki problem, że byliśmy na lotnisku międzynarodowym, a potrzebowaliśmy dostać się na lotnisko krajowe.
Małe napięcie, już trochę późno..mało odpowiedzi, dużo pytań. Po dłuższej chwili udało nam się znaleźć przystanek, gdzie autobus odjeżdżał w kierunku lotniska krajowego. Co ciekawe był płatny, jakieś grosze oczywiście, ale…. pierwszy raz w Indiach dostałem paragon fiskalny, taki mały szok.

Skromne małe lotnisko, poszukaliśmy sobie miejsca, rozbiliśmy obóz i próba przekimania się kilku godzin. Udało się jakoś zregenerować, odpocząć – co niektórzy to pospali kilka godzin i tak wylecieliśmy koło 7 rano w stronę Waranasi.

Było czuć, że pilot mało godzin spędził na symulatorach 🙂 – sporo turbulencji, ale tak jak na Indie nie było źle. Bez większych problemów dolecieliśmy do kolejnego celu naszej wędrówki.

Waranasi, przywitało nas sporą temperaturą i wilgocią po prostu … duchota 🙂

W następnym poście, spróbuje wam opisać wszystko co nas spotkało w Waranasi, byliśmy może i aż 4 dni. Gdyby nie nasz przewodnik, którego znajomy poznał po prostu na fajce w przerwie czekając na posiłek w restauracji to pewnie sami byśmy niewiele zobaczyli i spróbowali.
#Studentwpodrozy

Włochy #1 Dodatek Folgaria – Lavarone

Odbiegając od tematyki moich przygód w Indiach.
Zapraszam Was do małej przygody, która odbyła się we Włoszech. Dokładniej w Lavarone i Folgarii, gdzie miałem okazje uczestniczyć w swoim pierwszym obozie narciarskim zorganizowanym przez moją uczelnie AWF.

Tygodniowy wypad na narty, kosztował mnie blisko 2500 zł… Jak na amatora i na osobę, która jechała na narty pierwszy raz wydaje się trochę dużo. Na szczęście widoki, hotel i wspaniała atmosfera, zrekompensowała cały ból portfela.
1799 zł – kosztował mnie obóz (skipass, hotel, wyżywienie – śniadanie + obiadokolacje, autokar i oczywiście ubezpieczenie)
210 zł – wypożyczenie sprzętu narciarskiego (kask, buty, narty, kije)
30 zł – zwykłe gogle z Decathlona
100 euro – które przejadłem, przepiłem na stoku i w sumie pamiątki w postaci różnych win + limoncello < pyszny mocny likier cytrynowy 🙂

*Co do hotelu, który nie powiem dał rade, mile mnie zaskoczył swoją oferta wellness, liczne sauny, łaźnie, jacuzzi na zewnątrz, mały basen w wewnątrz.
Niepełny w bile, ale był stół do snookera, mała pseudo siłownia i sala do squasha wraz z kilkoma stołami do ping-ponga, więc całkiem całkiem.
Pokoje też niczego sobie, lecz z pokoju dwu-trzy osobowego zrobili nam pokój 4-osobowy.
Niby trochę ciasno na 4 chłopa, ale w godzinach nocnych w pokoju dobijało lekko 20 osób 🙂
*Co do miejscowości w której byliśmy czyli Lavarone – malutkie miasteczko, z jednym niedużym sklepem, jedną kawiarnią i bodajże 2 malutkie restauracje, gdzie przeważnie były zamknięte.
*A wzmianka o jedzeniu ? W karczmach na stoku to oczywiście głównie pizza, pyszna i tłusta. A jedzenie hotelowe ? Na śniadanie to wiadomo, na słodko – ciasta, ciasta, ciasta.
Na obiad – pasta, pasta, pasta 🙂

Pierwsze zjazdy w swojej karierze narciarza mieliśmy właśnie w tej miejscowości i to był mój pierwszy i ostatni dzień spędzony na tych stokach.
Resztę dni spędziliśmy może na dwu-trzykrotnej większej bazie w Folgarii, oddalona jakieś 12-15 km od naszego hotelu.
Jak dla osoby, która miała pierwszy raz narty na nogach i miała okazje być na takich stokach, gdzie wg mnie były ogromne i wystarczające.
Stoki były dla mnie na tyle łagodne, że odbyło się to bez większych i spektakularnych wywrotek w moim wykonaniu i tak dzień za dniem po 6 godzin na stokach nam uciekało. Efekt był taki, że po 6 dniach spędzonych na stoku nauczyłem się dość poprawnie jeździć 🙂 Nie wspominając o pogodzie, która była na tyle niezdecydowana.. w sumie dobrze, ponieważ miałem okazje pozjeżdżać w różnych warunkach.. słońce, deszcz, śnieg, mgła 🙂

Oczywiście, doktor/instruktor zrobił świetną robotę, jak i ekipa, z którą miałem okazje pojechać na ten obóz. Wielkie dzięki !!!
Może, kiedyś jeszcze będzie okazja pozjeżdżać na nartach.. ale to może…
Teraz trzeba się skupić na wyczarowaniu kasy na Berlin w marcu, wyścig autostopem w majówkę do Comacchio i wiadomo Azja po raz drugi we wakacje 🙂

Trzymajcie garść widoków z wypadu.  ! Czołem !

#Studentwpodrozy

Indie #4 Przybywamy do Jaipur’u

Po pierwszych trudnościach z New Delhi, spotkała nas już tylko czysta przyjemność z podróży po Indiach. Prócz załatwienia Jeepa z biura podróży, zaproponowali nam nocleg w Rajputana Haveli. Hotel jak hotel, czysty, tani i dodatkowo mieliśmy śniadania w pakiecie. Cena – jakieś 30-40 zł za noc. Dzięki temu mieliśmy komfort psychiczny, że nie musimy nic szukać na miejscu i możemy się skupić na rozpoznaniu terenu i zwiedzaniu. Przyjechaliśmy niewyspani, ledwie żywi koło godziny 12. Szybkie 4-5 h snu i ruszyliśmy w miasto. Co się okazało, że koło godziny 17-18 już robiło się ciemno wiec nasz wypad skończył się na lokalnej przekąsce i zakupach. Tak minął pierwszy dzień.

Zdaliśmy sobie sprawę, że musimy wycisnąć z tych dni najwięcej ile się da. Po śniadaniu, koło 9 ruszyliśmy w drogę tuk tukami do całego kompleksu Amber fortu.
Piękny kompleks do zwiedzania za tylko 100 rupii.

Wszystko ładnie pięknie… tylko jedna rzecz tutaj nie pasowała – Słonie, a dokładniej wjazd w 40*C kilometr pod górę na wyższą część fortu. Niestety braliśmy pod uwagę tą opcję, że „przejedziemy” się na słoniu.. Na szczęście chwila moment, pomysł wyparował nam z głowy widząc ten obrazek.


Nie dość, że kolejka sięgała blisko 200 metrów, jak wspomniałem było 40*C a na dodatek ta „usługa” podrożała z 900 do 1100 rupii. Chore, straszne i obrzydliwe co ludzie robią.. dla pieniędzy.

Po tym wszystkim udaliśmy się do centrum. W planie był Hawa Mahal czyli pałac wiatrów. Piękny budynek z czerwonego piaskowca i fasadą od strony ulicy.

Gorąco polecam zakupy tuż obok na Hawa Mahal Rd, sporo małych i dużych straganów z ciuchami, butami i pamiątkami, które warto kupić za grosze. Pamiętaj o targowaniu się ! 🙂
Nie zapomnę sytuacji przy jednym ze straganów kiedy podchodzi do nas sprzedawca i nagle po polsku „Mam taniej niż w Biedronce”.
Pozdrowienia dla nauczycieli 🙂

Spacerując w poszukiwaniu jakieś restauracji odwiedziliśmy jeszcze Albert Hall Museum. Typowe muzeum, chodź przyciąga czymś swoją uwagę.

Kolejnym punktem na naszej mapie było zdobycie biletów lotniczych do Varanasi. Przy słabo działającej mapie i przewodniku, szukaliśmy i szukaliśmy punktu Jetair. Mając trochę szczęścia, znaleźliśmy budynek, korzystając jeszcze ze szczęścia trafiliśmy tam chwile po 14. Niestety pracownik wychodził już do domu, ale chwile porozmawialiśmy i bingo, pomoże nam. Ponownie otworzył drzwi do biura, zaprosił nas i pomógł nam kupić bilety. W podziękowaniu zostawiliśmy mu drobnego tipa i ruszyliśmy w drogę, w stronę hotelu.

Kolejny i ostatni dzień już z plecakami ruszyliśmy w drogę do świątyni Galta Ji. Z tego co nam wiadomo było nazywana także świątynia małp. Po wyjściu z hotelu, łapiemy naszego tuk tuka i pytamy się „Mankey temple” i Galta Ji, pierwszych 3 kierowców nie ogarniało zbytnio tematu jak i angielskiego. Oczywiście po chwili kolejni chętni się znaleźli by nas podwieźć i Ci już wiedzieli gdzie chcemy się dostać. Z plecakami 12-16 kg ruszyliśmy, na oko jakiś 1km w górę. Przy piekielnym słońcu z krótkimi przerwami dotarliśmy na szczyt z myślą, że jesteśmy na miejscu okazało się oczywiście, że jednak nie. Czekał na nas kolejny kilometr stromego zejścia.
Piękne widoki na cały Jaipur, jak i na dolinę po drugiej stronie góry.

Droga powrotna z doliny była już istną męczarnią, coraz częstsze przystanki, słońce pali niesamowicie i ciężar plecaków robił swoje. Schodząc już z góry, sprawnie nam poszło złapanie tuk tuka i ruszyliśmy w drogę do dworca autobusowego, gdzie kupiliśmy bilet do New Delhi. Korzystając z okazji ze mieliśmy jakieś 2h do odjazdu, zrobiliśmy szybkie zakupy, zjedliśmy coś ulicznego i wypiliśmy sok z świeżo wyciskanej trzciny cukrowej.
Przy okazji odkryliśmy jak hindusi leją kranówę do czystych butelek i zakręcają ją zgrzanym korkiem, po czym wyglądała jak woda prosto ze sklepu… Zakładam, że problemy jelitowe gwarantowane 🙂

…i tak cudowny czas w Jaipurze minął, nic nam innego nie pozostało jak ruszyć ponownie w drogę do New Delhi z kierowcą, który chyba nie zdawał sobie sprawy, że wiezie około 40 pasażerów. Dosłownie takie indyjskie: Szybcy i wściekli wersja autokarowa. 🙂

Indie #3 Pierwsza nieprzespana noc w New Delhi

Przylecieliśmy o 1 w nocy. Po długiej podróży, lekko zaspani, pełni ekscytacji i niedowierzania, że jesteśmy już  w Indiach. Przechodzimy przez wielkie lotnisko w poszukiwaniu naszych bagaży i wyjścia na zewnątrz.
Po chwili udało nam się znaleźć plecaki, przeszliśmy dalej do okienek gdzie wbijali do paszportu wizę i mamy nasze upragnione exit.
Ledwie co drzwi automatyczne się otworzyły i buchnęło nam jakieś 30C stopni. Kawałek przeszliśmy i już całe plecy mokre.. Na szczęście znaleźliśmy kawałek miejsca na trawie, plecaki na ziemie i poprzebieraliśmy się w lekkie ciuchy,  posiedzieliśmy i ochłonęliśmy po małym szoku.

Ruszyliśmy w drogę, przedostać się z lotniska do jakiegoś centrum? najlepiej pod dworzec i jedziemy do Jaipur’u, ale chwila… nie wymieniliśmy naszych franklinów na rupie..i to Ci się zaczyna mała przygoda. To wracamy ponownie na lotnisko, skąd przyszliśmy no i masz nie chcą nas w puścić do środka ..(a mijaliśmy jakieś 2 kantory) Mówi się trudno, szukamy jakiegoś transportu. Masa różnych samochodów..jakieś taxi, tuk-tuki, autobusy itp. Pytamy pierwszego lepszego kierowce, czy wgl przyjmuje dolary i on lub ktokolwiek zabierze 7 osób do miasta. Oczywiście ledwie co po angielsku mówił. Chętnych było wielu, żeby nas przetransportowali, lecz chcieli tylko rupie.. Po jakiejś godzinie negocjowania, rozmawiania, tłumaczenia, że mamy tylko dolary. Dodatkowo była nas 7 zatem potrzebowaliśmy 2 auta. Znalazł się facet ze swoim prywatnym autem, który zgodził się na nasze warunki, zadzwonił po kolegę, który przyjechał po kolejnych 30 minutach i zabraliśmy się na te 2 samochody. Poprosiliśmy, aby jechał na dworzec kolejowy, gdzie z stamtąd pojedziemy pociągiem do stolicy Radżastanu. Oczywiście nic nie szło początkowo gładko.. obwieźli nas po jakiś lewych biurach podroży, które były jakimś dziwnym trafem czynne o 3 w nocy. Niby wszystko okej, ale na dworzec to już miał problem trafić. Po kursowaniu po mieście autem, mieliśmy już dość. Stajemy  i idziemy już piechotą ponieważ na nawigacji zauważyłem, że jesteśmy blisko celu. Zapłaciliśmy po 10 dolarów od auta i ruszyliśmy w drogę. Rzeczywiście okazało się, że do dworca był niecały kilometr. Mimo niepowodzeń pierwszy mały sukces. Trafiliśmy w nocy na dworzec kolejowy w New Delhi.
Podeszliśmy do okienka i niestety dowiedzieliśmy się, że szczęście nam nie sprzyja i nie ma miejsc w pociągu do Jaipur’u w najbliższych czasie. (Oczywiście 1 dzień, spora nie wiedza na ten temat. Wystarczyło bardziej pokombinować i pewnie bilet by się znalazł)
Oczywiście ktoś nam się przyglądał, usłyszał rozmowę i zaproponował, że kupimy bilety na pociąg w „lewym” biurze podróży. Posłuchaliśmy tej rady i poszliśmy trasą jaką nam ten pan wyznaczył. Trafiliśmy oczywiście przypadkiem, zaprowadził nas kolejny nieznajomy, którego spotkaliśmy w połowie drogi. Gwarantował nas, że jest to dość blisko.. ale jakieś 2 km z plecakami przeszliśmy w tym nocnym upale. Dotarliśmy na miejsce. Elegancko klima, chłodno, aż chciało się tam dłużej zostać. Przy naszym szczęściu okazało się, że też tutaj nie kupimy biletów,  ponieważ nie ma miejsc. Nie mając wyjścia i pomysłów.. Zaproponował nam, wynajem większego auta z kierowcą który nas tam zawiezie wraz z hotelem. Za sam transport od naszej 7 zawołał jakieś 21 tys rupii..Nie wiedzieliśmy czy to dużo czy mało. Międzyczasie wymienił nam dolary na rupie przy kursie 55rupie za dolar jak dobrze pamiętam.
(Aktualny kurs 68 rupii za dolar -23.01.17r.)
Nie mając praktycznie wyjścia z sytuacji, byliśmy blisko zaakceptowania tej oferty..Los tak chciał i moje skąpstwo, że mi nie podchodziła ta oferta. Wprowadziłem lekki zamęt w grupę i podział zdań czy jechać  z nim czy nie. Dodatkowo na mapie w przewodniku znalazłem oficjalny punkt informacyjny i podpowiedziałem że lepiej iść w tamto miejsce i dostać pewniejsze informacje na ten temat. Facet oczywiście nie był  zadowolony z tego rozwiązania, nagadał się, był bliski zarobienia sporej sumy pieniędzy. Przynajmniej posiedzieliśmy dobrą godzinkę w klimatyzowanym pomieszczeniu. Cóż, trzeba ruszać dalej i trafić do tej informacji turystycznej. Spacerując w nocy wśród ludzi śpiących na chodnikach, bezpańskich psów i tuk tuków, którzy zaczepiani nas i proponowali podwózkę.
Dotarliśmy wskazane miejsce przez nawigacje i przewodnik i okazało się, że taki punkt nie istnieje. Poszukałem na mapie i znalazłem kolejny punkt niedaleko od miejsca w którym byliśmy. Trochę zmęczeni już temperaturą i naszymi ciężkimi bagażami trafiliśmy do naszego kolejnego punktu. Ku zaskoczeniu był tam gdzie być powinien, ale jednak czynny od godziny 8.. a była jakaś 5 rano. Siedzieliśmy przed wejściem jakąś godzinę bez pomysłu co dalej? Międzyczasie znaleźliśmy otwarty już sklep, zimna woda, pepsi, cola, które dały nam nadzieje i poprawiły lekko morale naszej grupy, także zaczęły nas gryźć komary. Wypsikaliśmy się naszą Muggą, która podziałała i mieliśmy spokój na jakiś czas.
Kiedy już świtało, robiło się coraz jaśniej na niebie, podszedł do nas jakiś gość. Zapytał oczywiście dlaczego tutaj siedzimy i co robimy itp. Tak się złożyło, że był to kolejny pracownik z „lewego” biura podroży. Szczęście w nieszczęściu,  zaproponował nam także transport, ale o dziwo za jakieś 13 tys. rupii. Wyszło na to, że tamto biuro chciało aż 8 tys więcej. Po negocjacjach z grupą, stwierdziliśmy, że nie chce nam się czekać jeszcze 2godzin  do otwarcia punktu informacyjnego i ruszyliśmy w drogę 7 osobowym jeepem…do Jaipur’u.